Terapia jest teraz w modzie. W końcu widziałam to niejednokrotnie w amerykańskich produkcjach. Piękni lekarze zalecali tam pisanie, jako formę, która może pomóc rozwiązać wiele problemów. Postanowiłam więc spróbować i notować swoje postępy w zwalczaniu tego, co traktuję jako chorobę – nadwagi. Być może zapisywanie tej drogi w czymś pomoże, może Wy, drodzy czytelnicy, mi pomożecie? Prawdopodobnie jest wśród Was ktoś, kto ma bogate doświadczenia, jeśli chodzi o odchudzanie. Nie staram się szukać zrozumienia wśród swoich przyjaciółek, każda z nich waży góra 50 kg. Większość mojej rodziny ma problemy z wagą, ale jako jedyna zdecydowałam się spróbować odchudzania ze specjalistą i zapisałam się do dietetyka. Stawiam też na pisanie, może pomoże, może nie, może zrezygnuję po pierwszej notce. A historia zaczęła się kilka dni temu, właśnie tak:

- Po co się zapisałaś do dietetyka? Przecież jesteś piękna – powiedział mój (idealny-i-zawsze-wiedzący-co-powiedzieć) chłopak, kiedy dowiedział się, że w tajemnicy przed nim i całym światem, zapisałam się do specjalisty od odchudzania. Po co miałam mu mówić? Waży nieco ponad 50 kg i nie wie, co to znaczy próbować się odchudzać przez 10 lat, przejść kilka razy przez efekt jo-jo i narobić sobie problemów z nerkami dzięki diecie białkowej.

-Bo nadwaga to nie tylko choroba fizyczna, lecz także psychiczna – odpowiedziałam nieco zawstydzona, że dałam się przyłapać na częściowej szczerości w związku, zamiast od początku grać w otwarte karty.

Doktor O. została przeze mnie pieczołowicie wybrana po całoweekendowych poszukiwaniach w Internecie, kiedy ze łzami w oczach odkryłam, że spodnie znowu robią się  za ciasne. Decyzja dojrzewała latami. Podświadomie czułam, że to ostatni moment, kiedy mogę spróbować tej metody, tak też więc w ponury wieczór zapakowałam swój ponury nastrój do torebki i ruszyłam na wizytę. Drzwi do gabinetu otworzyła mi piękna blondynka, a mi z miejsca – z jednej strony – zrobiło się strasznie wstyd, a z drugiej poczułam natychmiastową mobilizację i żądzę doścignięcia ideału, który stał przede mną. Doktor O. spełniała wszystkie wymagania, które tak złośliwie wymyślałam. Swoim wyglądem potwierdza, że zna/rozumie/stosuje zasady, które sprzedaje pacjentom. Ma na koncie publikacje nie tylko naukowe – czyli musi tkwić w niej pewien specyficzny rodzaj wrażliwości. Młoda, komunikatywna, dodatkowo nie znosząca sprzeciwu. Lubiąca komunikację mailową. Oddałam się w jej ręce bez wahania.

Zapadłam się pod ziemię, kiedy zobaczyłam, co się wyświetliło na wadze, więc z pokorą przyjęłam wielką listę zakazów i nieproporcjonalnie krótką nakazów. Udało mi się wynegocjować słodką kawę z mlekiem w codziennym jadłospisie, reszta zasad jest niemożliwie bezdyskusyjna. Doktor O. tak naprawdę nie powiedziała mi niczego, co wie każda osoba, która od dawien dawna próbuje co nieco zrzucić. Teraz jest jednak coś, co mnie motywuje dodatkowo – kasa.

Kiedy tylko po wizycie drzwi się za mną zamknęły, od razu poczułam się szczuplejsza. O bite 140 zł. Dietetyk NIE JEST TANI, nie śmiałabym więc złamać jakiejkolwiek zasady (przynajmniej na razie), bo nie po to wydaję pieniądze, żeby nic z tego nie mieć. Boże, nie macie pojęcia, jak ta motywacja działa. Nawet teraz, kiedy tak bardzo burczy mi w brzuchu, nie pójdę do lodówki. Przed oczami ma bankomat.

Tak naprawdę to pierwszy dzień, kiedy wkroczyłam na nową drogę odżywiania. Jeszcze ocieram łzy po pożegnaniu z ulubionymi smakołykami. Wiele trudnych miesięcy przede mną. Wspomożecie czasem motywującym komentarzem?

Trzymajcie kciuki.